Wolni i SolidarniOpracowaniaWywiadyRozmowa z P.Hlebowiczem
mail
[Zaloguj]

11-03 - dzisiejsze rocznice:

Linki

Dotrzeć do Polaków w Kazachstanie

Hlebowicz Wywiad opublikowany 13.06.2007 r. w "Naszym dzienniku". Z Piotrem Hlebowiczem współprzewodniczącym Wydziału Wschodniego „Solidarności Walczącej”, działaczem polonijnym, przedstawicielem „Domu Polskiego” w Tomsku na Syberii, rozmawia Jacek Dytkowski

Solidarność Walcząca" jako pierwsza podjęła idee repa­triacji Polaków z Kazachstanu. Jak do tego doszło?

- My, działacze „SW", po raz pierwszy do Kazachstanu trafiliśmy w 1990 ro­ku. Wraz z Wojciechem Standą jeździ­liśmy wówczas po republikach Związ­ku Sowieckiego, by poznać sytuację polityczną i wciągnąć różne organiza­cje opozycyjne i niepodległościowe do tworzącego się Centrum Koordynacyj­nego „Warszawa 90", którego inicja­torami byli m.in. Władimir Bukowski i inni sowieccy opozycjoniści. Oczywi­ście „SW" wzięła udział w budowie tego Centrum. Oprócz zadań politycz­nych równolegle prowadziliśmy roz­poznanie środowisk polskich, które formowały wtedy swoje stowarzysze­nia kulturalno-oświatowe na terenie, praktycznie rzecz biorąc, całego Związku Sowieckiego. Byliśmy m.in. na Kaukazie, w Mołdawii, nie licząc Li­twy i pozostałych bliższych ówcze­snych republik, gdzie kontakt byt w miarę łatwy. Pojechaliśmy do Kazach­stanu chyba w sierpniu 1990 roku. Mieliśmy zaproszenie pani Genowefy Weselskiej z Jasnej Polany koło Krasnoarmiejska {obwód kokczetawski), która na północy tego kraju angażo­wała się w działalność polonijną i bar­dzo chciała, byśmy przyjechali zoba­czyć tutejszą sytuację Polaków. Była to krótka wizyta, ale na tyle interesująca, że postanowiliśmy przyjeżdżać do Ka­zachstanu częściej. Jeszcze tego same­go roku przybyłem do Kazachstanu, gdzie w Kokczetawie zapoznałem się ze stowarzyszeniem polskim „Polonia Północna", której współtwórcą i pre­zesem był Anatol Diaczyński. W 1991 r., po rozmowach z tamtejszymi Polakami, doszliśmy do wniosku, że oni bardzo chcieliby wracać do Polski. Należy tu dodać, że terminy „powrót" lub „repatriacja" nie są adekwatne do sytuacji, są oni bowiem potomkami tych, którzy zostali wywiezieni w la­tach 1936-1937 z terenów Ukrainy Sowieckiej, a więc i I Rzeczypospolitej.

Jak wyglądała ta deportacja?

- Jeszcze dzisiaj żyją tam ludzie pa­miętający te wydarzenia. Wywózki rozpoczęły się mniej więcej na wiosnę 1936 roku. Polegały one wprost na przewiezieniu ludzi na goły step. Trze­ba tutaj zacząć od tego, że władze sowieckie utworzyły na Ukrainie i na Białorusi polskie okręgi i rejony auto­nomiczne. Największy z nich nosił imię Marchlewskiego. Powstał on ko­ło Żytomierza z centralnym miastem Dołbyszew, przemianowanym następ­nie na Marchlewsk. Polskie okręgi au­tonomiczne utworzył Stalin, by wy­chować przy granicy z Polską „ele­menty" wrogie naszej Ojczyźnie. Były­by one w razie konieczności „piątą ko­lumną" komunizmu w związku z pla­nowanym wkroczeniem do nas Armii Czerwonej. Okazało się jednak, że tych Polaków nie udało się „zreformo­wać" i uczynić z nich wrogów pań­stwa polskiego. Upadła zatem idea okręgów autonomicznych.

Najpierw zlikwidowano księży oraz zamknięto kościoły, które przerobiono na magazyny, muzea itd. mające, we­dług stalinowców, zabić wiarę wśród ludności polskiej. Również te działania nie przyniosły Stalinowi spodziewa­nych efektów, gdyż Polacy zaczęli orga­nizować konspirację i uczestniczyć w tajnych Mszach Świętych. Stopniowo też pozamykano szkoły z językiem pol­skim. W końcu postanowiono zupełnie zlikwidować okręgi autonomiczne i przewieźć całą ludność polską do Ka­zachstanu, co też uczyniono w ciągu dwóch lat Najpierw wywożono „ele­menty" najbardziej wrogie Związkowi Sowieckiemu, czyli tzw. kułaków i inte­ligencję, a na końcu zostawiając drob­ną ludność wiejską i mieszczańską.

Warunki, w jakich mieszkali Po­lacy, byty tragiczne...

- Rozpoczęta się wtedy gehenna Na­rodu Polskiego, Pozostawiano ich na gołym stepie, gdzie sami musieli zbu­dować sobie domy z gliny, słomy i tra­wy. Wprawdzie przywożono cegły i deski, ale służyły one do budowy ko­mendantury NKWD, która musiała być wzniesiona na początku. Była ona siedzibą administracji, gdzie mieszkał m.in. komendant z rodziną. Ci ostatni byli wysyłani do Kazachstanu na zasa­dzie takiej „zsyłki karnej" po przewi­nieniach w innych rejonach Związku Sowieckiego. Po wybudowaniu wio­sek ludność polska pracowała na zie­mi, na której utworzono sowchozy i kołchozy. Zakazywano jej opuszczania granic wsi, czego pilnowali tzw. dzie­siętnicy. Polak, który chciał odwiedzić rodzinę w sąsiedniej wsi, oddalonej zwykle o 40-50 km, musiał starać się u komendanta o zgodę. Pomijam tu już takie wypadki, jak dalsza podróż pociągiem wymagająca posiadania dowodu osobistego i pozwolenia na opuszczenie miejsca zesłania. Tych pierwszych dokumentów Polakom w ogóle nie wydawano. Dopiero w la­tach 60. władze pozwoliły posiadać dokumenty osobiste.

Ale wtedy i tak Polacy nie wracali do swoich starych domów...

- Powrót na dawne miejsce zamiesz­kania na Ukrainie był niedopuszczalny. Stanowiło to przestępstwo tej miary, że otrzymywano za nie od razu karę 10 lat łagrów na Syberii. Chociaż, trze­ba tu dodać, klimat w rejonie Kokczetawu niewiele różni się od syberyjskie­go. Sam pamiętam, jak trafiłem tam na pięćdziesięciostopniowe mrozy. Deporto­wani Polacy zostali zagnam do pracy w utworzonych kołcho­zach, zaczęli na stepie siać pszenicę, ziem­niaki i buraki. Za swo­ją pracę prawie nic nie otrzymywali. Z po­czątku zesłańcy nie mogli mieć nawet własnej przydomowej zagrody, zwierząt ho­dowlanych. Nawet w czasie lat głodu obo­wiązywało rozporzą­dzenie grożące wysła­niem do łagru za przechowanie kilku kłosów zboża w kie­szeni. Odbywały się sądy złożone z trzech osób, tzw. trojki, które w ciągu kilkunastominutowego procesu mogły skazać czło­wieka na wyroki od dziesięciu lat zsył­ki do kary śmierci. Warto tu jeszcze do­dać, że do Armii Berlinga wzięto tro­chę młodych Polaków z Kazachstanu. Służyli oni w tym wojsku, niektórzy aż do zdobycia Berlina. Jednakże zaraz po zakończeniu wojny, mimo że część z nich chciała pozostać w Polsce, posia­dała medale i zasługi na polu walki, wywieziono ich z powrotem na miej­sce zesłania. Niektórzy z tej armii „gu­bili" się w Polsce, próbując pozostać, ale nawet po paru latach wynajdywa­no ich i odsyłano do Kazachstanu. Po­dobnie postępowano z tymi, którzy się pożenili z Polkami już na terenie nasze­go kraju. Ciekawostką jest fakt, iż pol­scy zesłańcy wywiezieni po 17 wrze­śnia z terenów Kresów Wschodnich byli rozmieszczani w Kazachstanie z nigdy się ze sobą nie zetknęły. Po 1956 roku (chruszczowowska „odwilż") na­rody represjonowane (w tym i Polacy) otrzymały oficjalny akt tak zwanej re­habilitacji. Jednakże ten papierek Pola­kom praktycznie nic nie dawał i nie gwarantował i dalej nie mogli wyje­chać z Kazachstanu na tereny po­przedniego miejsca zamieszkania na Ukrainie.

Jakie działania podjęła „So­lidarność Walcząca", by zwrócić uwagę naszych władz na problem Polaków w Kazachstanie?

- Nasz wyjazd przełomowy, który pod­niósł tę sprawę, odbył się na początku 1992 roku. Mieliśmy wtedy już pewne doświadczenia i przeprowadzone z tamtejszymi Polakami rozmowy. Uświadomiły nam one, że nie ma innego wyj­ścia jak walka o ich przyjazd do Polski. W lutym lub marcu 1992 r. z moim ko­legą Maciejem Ruszczyńskim postano­wiliśmy przeprowadzić zebrania z Pola­kami w północnym Kazachstanie. Za­częliśmy jeździć po tamtejszych rejo­nach, organizując spotkania w sprawie ewentualnego powrotu. Chcieliśmy usłyszeć konkretny głos Polaków: czy pragnęliby przyjeżdżać do Polski i jak sobie to wyobrażają. Pojechaliśmy rów­nież do Karagandy spotkać się z preze­sem tamtejszego polskiego stowarzy­szenia, Franciszkiem Bogusławskim. Po tych wszystkich rozmowach stało się ja­sne, że akcja na rzecz repatriacji jest jak najbardziej pożądana.

Jak wyglądały zebrania z Po­lakami w Kazachstanie?

- Woził nas samochodem Andrzej Ja­worski, późniejszy repatriant z Ka­zachstanu, po wsiach, które kolejno przygotowywały się na zebranie. Okazało się, że za nami jeździli ludzie z KGB, wypytując o nas. Mimo zako­rzenionego strachu przed tymi służ­bami ludzie ci stawali mężnie przed funkcjonariuszami i nic nie mówili. Oczywiście, były przypadki donosicielstwa na nas, ale należało to do rzadkości. Dotarliśmy następnie do Kokczetawu, gdzie postanowiliśmy stworzyć ankietę sondażową, która następnie byłaby wysłana do Amba­sady RP w Moskwie, a jej kopie do Senatu i Sejmu polskiego. Zawierała ona głównie pytania dotyczące chęci powrotu do Polski. Udało nam się za pomocą kserokopii rozprowadzić ją po całym Kazachstanie w ciągu paru miesięcy. Dzięki tej ankiecie powstała pierwsza baza danych o Polakach. Ambasada RP w Moskwie, której sze­fem byt wtedy towarzysz Stanisław Ciosek, pod jej wpływem dostała jak­by „palpitacji serca". Wezwano nas wtedy na rozmowę, gdzie w ostrym tonie pytano nas, jakim prawem bez ich wiedzy śmiemy czynić tę „antypol­ską robotę" i że za coś takiego grozi nam sprawa z prokuratorem w Pol­sce. W trakcie tego zdarzenia nawet nie poproszono nas, byśmy usiedli. Mój kolega Maciej Ruszczyński od­wrócił się do mnie i powiedział: „Chodź, idziemy, bo tu siedzą same świnie", po czym wyszliśmy.

W jaki sposób problem Pola­ków z Kazachstanu dotarł do władz polskich?

- Nasza koleżanka z „SW" Jadwiga Chmielowska (współprzewodnicząca Wydziału Wschodniego „SW"), poszu­kiwana przez komunistów listem goń­czym do sierpnia 1990 r., zwróciła się do senator Jadwigi Rudnickiej, której zrelacjonowaliśmy całą sytuację na­szych rodaków w tym kraju. Pani sena­tor natychmiast zadziałała i otworzyły się dla nas drzwi senackiej Komisji ds. Polonii na Wschodzie. Uczestniczyli­śmy w paru posiedzeniach tej komisji, przedstawialiśmy na niej fakty doty­czące całej sprawy, nasze sugestie i propozycje: że Polacy w Kazachstanie zasługują na powrót. Pod tym wpły­wem zaczęto do polski ściągać pierw­szych repatriantów. Przyjmowały ich gminy, jednak bez pomocy państwa, bo nie uchwalono wtedy jeszcze żad­nej ustawy regulującej ten problem. Przyjeżdżali w tym czasie na statusie cudzoziemców, nie mieli prawie żad­nych praw. Męczyli się po parę lat, za­nim mogli uzyskać polskie obywatel­stwo. Ustawę o repatriacji, też niedo­skonałą, uchwalono przecież dopiero w 2000 roku.

Dziękuję za rozmowę.


Jacek Dytkowski,
dodany: 2008-08-06
Słowa kluczowe: SW, Kazachstan, Hlebowski,
KOMENTARZE:
Zaloguj się