Wolni i SolidarniOpracowaniaWywiadyNie zwijam sztandaru naszych marzeń
mail
[Zaloguj]

15-03 - dzisiejsze rocznice:

Linki

Nie zwijam sztandaru naszych marzeń

Korn1 W świątecznym wydaniu "Naszego Dziennika" z 24-26 grudnia 2008r., w ramach cyklu "Moja strona życia", została zamieszczona rozmowa Mariusza Bobera z Kornelem Morawieckim. Ma ona nieco odmienny, bardziej osobisty, charakter aniżeli wywiady do których przywykliśmy.
Kornel Morawiecki w dawnym konspiracyjnym mieszkaniu na placu Katedralnym 12, Wrocław, 17 grudnia 2008 r. 
						fot. E. Sądej

Mały Kornel jeszcze podczas okupacji niemieckiej 
						fot. arch. 'SW'

Część działaczy 'SW': (od lewej) Hanna Łukowska-Karniej, Krzysztof Miedziak (za nią), Tadeusz Wrona, Kornel Morawiecki, Wojciech Myślecki, Dariusz Gustab, Krzysztof Maziakowski i Kazimierz Nawrocki (na dole) 
						fot. arch. 'SW'

Tak odbywał się druk na ramce w okresie podziemnej działalności 'SW' 
						fot. arch. 'SW'

Skaner do podsłuchiwania SB 
						fot. arch. 'SW'

fot. E. Sądej

fot. E. Sądej


Z Kornelem Morawieckim, założycielem "Solidarności Walczącej", jednym z najbardziej zwalczanych przez komunistów działaczy opozycji solidarnościowej, wieloletnim wydawcą i redaktorem podziemnej prasy, doktorem fizyki, pracownikiem naukowym Politechniki Wrocławskiej, rozmawia Mariusz Bober

Czy można powiedzieć, że założona przez Pana "Solidarność Walcząca" wywodziła się ze środowiska, jakie zgromadziło się w Pana podwrocławskim domu - zwanym potocznie "Kornelówką"?
- Tak nie można powiedzieć. "Solidarność Walcząca" była poważną i właściwą odpowiedzią na stan wojenny, na działania mające zniszczyć "Solidarność". Natomiast chata pod lasem, którą w pierwszej połowie lat 70. postawiłem przy pomocy przyjaciół z bali pochodzących z rozbieranych kamienic wrocławskich, faktycznie zespoliła szersze, spotykające się przy ogniskach środowisko. Na pewno ułatwiło to nam skuteczne wejście w konspirację po 13 grudnia 1981 r., a potem powstanie "Solidarności Walczącej". Zresztą podobną, może ważniejszą rolę odegrało moje zaangażowanie się w redakcję i wydawanie "Biuletynu Dolnośląskiego" - niezależnego czasopisma przygotowującego we Wrocławiu grunt pod "wybuch" tamtej pierwszej "Solidarności".

Jak Pan godził budowę, obowiązki rodzinne, pracę na uczelni z takimi zajęciami jak uprawa ziemi, hodowla pszczół, wydawanie niezależnej prasy?
- Nie godziłem. Gdy stopniowo, trochę z przypadku, ale z przekonaniem angażowałem się w konspiracyjną działalność, na bok poszła praca naukowa, a pszczele roje - na zmarnowanie.

W różnych wypowiedziach mówił Pan, że powstanie "SW" było po prostu odpowiedzią na represje władz. Ale czy to oznacza, że najbardziej radykalna i chyba najbardziej zwalczana organizacja podziemna w PRL w latach 80. ubiegłego wieku została założona spontanicznie?
- To nie była jednorazowa decyzja, ale pewien proces niełatwy ani dla mnie, ani dla moich koleżanek i kolegów, którzy uczestniczyli w tworzeniu "Solidarności Walczącej". Przecież to nie ja sam ją założyłem i prowadziłem. Byłem jednym z jej twórców razem z moimi przyjaciółmi: m.in. Hanną Łukowską-Karniej, nieżyjącym już Janem Pawłowskim, Michałem Gabryelem, Zbigniewem Oziewiczem czy Marią Koziebrodzką. Mieliśmy różne wątpliwości.

Wówczas działała przecież "Solidarność", chociaż prześladowana przez reżim PRL po wprowadzeniu stanu wojennego...
- Niektórzy obawiali się, że zakładając nową organizację, osłabimy "Solidarność". Stanowiliśmy bowiem trzon działalności wydawniczej i kolportażowej "S". Wydawaliśmy i kolportowaliśmy gazetę codzienną "Z Dnia na Dzień", utrzymywaliśmy kontakty z zakładami pracy itd. Po wprowadzeniu stanu wojennego zrozumieliśmy, że nie będzie łatwo, że hasło "Zima wasza, wiosna nasza" nie sprawdzi się. Przewidywaliśmy więc, że nasza działalność potrwa jeszcze długo. W kwietniu 1982 r. ukazały się Tezy Społecznej Rady Prymasowskiej dotyczące ugody społecznej, które wydawały nam się zbyt ustępliwe. Ale władze wyśmiały te propozycje i odrzuciły w arogancki sposób. Doszliśmy do wniosku, że "Solidarności" nie da się wyprosić, wynegocjować, wymodlić, że trzeba ją wywalczyć.

Stąd nazwa "Solidarność Walcząca", która miała walczyć już nie tylko o związek, ale o wolną Polskę?
- Chcieliśmy nie tylko wolnej Polski. Chcieliśmy obalenia komunizmu. "Solidarność" traktowaliśmy jako propozycję dla Polski, ale także jako alternatywę dla kapitalizmu panującego na Zachodzie. Marzyliśmy, że to będzie propozycja społeczna, która obali komunizm i będzie lepszym rozwiązaniem dla wolnego świata. Mówiliśmy też o niepodległości innych krajów - Litwy i Ukrainy, Armenii i Gruzji. Mówiliśmy o zjednoczeniu Niemiec, o zrzuceniu komunistycznego jarzma przez samych Rosjan. To była szersza perspektywa polityczna, ale także moralna. Rozumieliśmy, że ta propozycja zobowiązuje każdego z nas do większego wysiłku, do samozaparcia i poświęcenia. Mieliśmy też dystans do siebie. Zdawaliśmy sobie sprawę, że porywamy się z motyką na słońce, choć przecież takie gesty nie są Polakom obce.

Ma Pan na myśli to, że "SW" chciała kontynuować działalność niepodległościową historycznych zrywów Polaków?
- Tak, ale my nie chcieliśmy organizować powstania, nie chcieliśmy przelewu krwi. Wiedzieliśmy, że dopóki władza stosuje represje w sposób ograniczony, nie strzela masowo do demonstrantów, nie skazuje działaczy podziemia na karę śmierci - trzeba powstrzymać się od radykalnych akcji. Duch "Solidarności" oddziaływał także na drugą stronę, bo komuniści też nie chcieli bezwzględnej, wyniszczającej wojny, starali się dozować represje i ucisk. Dlatego i my nie zakładaliśmy rozwiązania siłowego, nie chcieliśmy wywoływać wojny domowej. Z drugiej strony mieliśmy świadomość, że jeśli oni będą chcieli nas stłamsić przemocą, to my musimy się tak zorganizować, żeby się nie poddać, żeby walczyć.

Dlatego PRL-owska propaganda zrobiła z Was terrorystów?
- Byliśmy przedstawiani jako groźna organizacja. Mieliśmy sygnały, że młodym ludziom z "SW" zatrzymanym przez milicję grożono większymi karami, bo władze twierdziły, że nie zajmowali się oni zwykłą działalnością związkową, ale działając w konspiracji w "SW", ocierali się o terroryzm. Z kolei mieliśmy sygnały wychodzące od ludzi związanych wtedy ze Służbą Bezpieczeństwa, że czuli oni respekt przed nami, ponieważ dostrzegali w nas prawdziwe zagrożenie. W tym sensie sami traktowaliśmy siebie jako poważnych przeciwników, choć stawaliśmy do nierównej walki, bo SB miała do dyspozycji całą siłę systemu. Za nami stała tylko pasja i determinacja. Dlatego staraliśmy się zapewnić pewną osłonę, tworząc struktury wywiadowcze i kontrwywiadowcze. Prowadziliśmy więc regularne nasłuchy rozmów prowadzonych przez SB, szkoliliśmy ekipy przerzutowe, "urywające się" obstawie, wprowadzaliśmy elementy kontrobserwacji i dezinformacji przeciwnika.

Właśnie ta działalność wywiadowcza i kontrwywiadowcza najbardziej chyba odróżniała "SW" od innych organizacji podziemnych, a dla reżimu stanowiła największe wyzwanie.
- Najbardziej dotkliwe dla nich było to, że nie mogli zainstalować w kierownictwie naszej organizacji agentury. W "SW" miała ona charakter peryferyjny. W materiałach SB udostępnionych w ostatnich latach przez Instytut Pamięci Narodowej widać wyraźnie, że komuniści nie mieli informacji pochodzących z centrum władz naszej organizacji. Dlatego też nie mogli nas kontrolować. Stąd nawet wyolbrzymiali zagrożenie z naszej strony, myśląc, że wiemy więcej, niż naprawdę wiedzieliśmy. Widać to z dokumentów przechowywanych w Warszawie czy Rzeszowie, bo we Wrocławiu ok. 95 proc. materiałów na nasz temat zostało zniszczonych albo wyniesionych.

Prócz działalności wywiadowczej i kontrwywiadowczej wydawaliście także gazety, książki i ulotki...
- Nasza główna rola polegała na walce o serca i umysły Polaków. Chcieliśmy docierać do świadomości społecznej, jednocześnie sygnalizując, że jest taka struktura jak "Solidarność Walcząca", że działa, organizuje się i rozwija. Prowadziliśmy nie tylko wydawnictwo, ale też radio, agencję fotograficzną oraz informacyjną, z których korzystały redakcje innych podziemnych pism. Przygotowywaliśmy też analizy bieżącej sytuacji, a także artykułów ukazujących się w całej podziemnej prasie. Zbieraliśmy i korzystaliśmy z informacji poufnych o stanie gospodarki i kondycji reżimu komunistycznego w Polsce oraz o bloku sowieckim. Ponadto organizowaliśmy manifestacje, spotkania, nawiązywaliśmy współpracę z innymi organizacjami podziemnymi - z Ogólnopolskim Komitetem Oporu Rolników, Konfederacją Polski Niepodległej, Międzyzakładowym Robotniczym Komitetem Strajkowym, z Liberalno-Demokratyczną Partią "Niepodległość" itd.

Charakterystyczne i jednocześnie niezwykłe było używanie przez "SW" nowoczesnych jak na tamte czasy metod działalności, m.in. sprzętu elektronicznego do podsłuchiwania kanałów łączności SB, łamania ich szyfrów, a nawet zakłócania audycji radiowo-telewizyjnych i "wchodzenia" z własnymi przekazami na anteny radia i telewizji. Jak udało Wam się to przeprowadzić?
- Organizacja była dość autonomiczna. Spoistość zapewniała jej formacja ideowa. Jednak różne struktury, te wspomniane wcześniej, jak i inne, np. Poczta "SW" miały dość dużą swobodę, to znaczy, że były tylko w niewielkim stopniu sterowane z centrali, miały więc wiele oryginalnych pomysłów.

Nie było zarzutów, że swoboda w "SW" jest zbyt duża, że dla usprawnienia organizacji trzeba ją np. "bardziej spionować"?
- Były, ale centralizacja narażałaby nas na większą penetrację przez służby specjalne PRL. Organizacja miała właściwie strukturę sieci. Czasami ta autonomiczność była wręcz przesadna. Pamiętam np., jak w połowie lat 90. pojechałem do USA, gdzie spotkałem druha, który powiedział mi, że siedział w więzieniu za "SW". Zapytałem go: "Z kim z 'SW' miałeś łączność?". Odpowiedział mi: "Z nikim. Po prostu podobała mi się wasza działalność, więc próbowałem na własnym terenie Pomorza Zachodniego robić to samo, przede wszystkim wydawać i kolportować wasze, nasze ulotki". Samym swoim istnieniem aktywizowaliśmy innych do podobnych działań na rzecz walki o niepodległość. Z drugiej strony dostrzegaliśmy znaczenie spójności programowej. Niektóre gazetki "SW" o charakterze regionalnym były redagowane na słabym poziomie. Uznaliśmy więc, że lepiej przedrukowywać materiały z wydawanej przez nas prasy, dodając informacje lokalne. W sprawach rozbudowy i koordynacji pracy naszych struktur były między nami w Komitecie Wykonawczym i w Radzie "SW" spory...

...a w sprawie wizji wolnej Polski?
- Spory dotyczyły również natury solidaryzmu, który planowaliśmy zrealizować w wolnej już Polsce. To właśnie my rzuciliśmy wtedy koncepcję Rzeczypospolitej Solidarnej. Krytycy mówili, że za daleko mierzymy, że to niepotrzebne, i trzeba skupić się na bieżącej walce z komunizmem, zamiast zastanawiać się nad programami politycznymi.

Takie spory były też w samej "Solidarności", której zarzucano, że nie miała spójnej wizji wolnej Polski. Co po 1989 r. doprowadziło do takich podziałów, jakie obserwowaliśmy?
- Można postawić też inne zarzuty, choć nie pod adresem zwykłych ludzi. Oni bowiem nie brali udziału w ścisłej konspiracji. Chodzi o to, że w drugiej połowie lat 80. widać było duże zmęczenie zarówno w "Solidarności", jak i w społeczeństwie. Niektórzy już nie widzieli sensu dalszej walki. W 1988 r. ukazał się w "Tygodniku Mazowsze" znamienny artykuł Jacka Kuronia pt. "Krajobraz po bitwie". Widać było w nim rezygnację nawet z idei "Solidarności". W programie podziemnej "S" opracowanym w połowie lat 80. przez otoczenie Bronisława Geremka, a podpisanym przez Lecha Wałęsę właściwie już nie mówiło się o "Solidarności", ale o spółdzielczości, samorządności. Ci ludzie kompletnie nie wierzyli w możliwość odzyskania niepodległości. My może też czuliśmy własne i społeczne zmęczenie, ale uważaliśmy, że nie możemy zwinąć sztandaru naszych marzeń, bo właśnie te marzenia stanowią o podtrzymaniu i sile narodowego oporu.

Ale w drugiej połowie lat 80. widać było, że władze miały coraz większe kłopoty z utrzymaniem systemu, co dawało nadzieję na jego upadek. Przykładem tych kłopotów były choćby tzw. reformy gospodarcze.
- Rzeczywiście dochodziły również optymistyczne sygnały, bardzo wyraźnym była rosyjska pierestrojka. Dlatego mieliśmy podstawy, by mówić i dążyć do upadku komunizmu. Trzon naszej organizacji składał przysięgę: "Wobec Boga i Ojczyzny przysięgam walczyć o wolną i niepodległą Rzeczpospolitą Solidarną  poświęcać swe siły czas - a jeśli zajdzie potrzeba - swe życie dla zbudowania takiej Polski...". Dlatego nawet jeśli ktoś nie bardzo wierzył w realność zwycięstwa za swojego życia, miał moralny obowiązek działać.

Jak żona radziła sobie z czwórką dzieci, gdy przez 6 lat ukrywał się Pan, zmieniając ciągle miejsca pobytu?
- Był to bardzo trudny okres dla żony i czwórki moich dzieci. Rozumieli i popierali moją działalność. Najstarsza córka Anna od pierwszych dni stanu wojennego uczestniczyła w wydawaniu gazety "Z Dnia na Dzień". Młodsze dzieci chodziły wówczas do szkoły. Chyba w 1984 roku esbecy wywieźli syna za miasto i straszyli go. Na szczęście nic poważniejszego mu nie zrobili. Bałem się wtedy, że mogą posunąć się do ostateczności. Myślę, że komuniści z kolei woleli nie posuwać się do skrajności w stosunku do bliskich mi osób w obawie przed reakcją społeczeństwa i całej organizacji.

Próbowaliście też współpracować i oddziaływać na inne kraje bloku sowieckiego?
- Odzew był raczej pośredni, bo też nasze oddziaływanie nie było aż tak wielkie. Staraliśmy się wysyłać ulotki do krajów ZSRS. Wydawaliśmy gazetę pt. "Opinie", a później "Nazory" (bardziej poprawnie) w języku czeskim i przerzucaliśmy ją do Czechosłowacji. Dopiero później, pod koniec lat 80., nasi wysłannicy jeździli na Litwę, Białoruś, Ukrainę, do Gruzji, Azerbejdżanu i Kazachstanu na spotkania z tamtejszą opozycją. W samej Rosji mieliśmy dobre kontakty za pośrednictwem Mikołaja Iwanowa. Niektórzy nasi działacze-zapaleńcy, tacy jak Piotr Hlebowicz, Jadwiga Chmielowska, Wojciech Stando i inni, na Wschodzie w sowieckich republikach próbowali zaszczepić tam metody konspiracji i wspierać lokalne wątłe grupy niepodległościowe. Było to trudne i niebezpieczne, przede wszystkim ze względu na możliwość prowokacji ze strony KGB.

Co było Waszą - "SW" - i Pańską największą troską?
- Staraliśmy się przede wszystkim nie dać się rozpracować. Nawet gdy zostałem w 1987 r. aresztowany, nie wpadły żadne dokumenty, kontakty itp. Moje ukrywanie się było dla ludzi przykładem, że można wodzić za nos SB, ale gdy mnie aresztowano, miałem żal do siebie, że wpadłem przez swoje zaniedbanie.

Dlaczego?
- Bo nie powinienem był iść do lokalu, co do którego od roku było podejrzenie, że jest obserwowany przez SB. Lekkomyślna i tragiczna utrata czujności! Jedynym moim pocieszeniem pozostaje to, że przy ludzkiej i Boskiej pomocy przez 6 lat udawało mi się nie wpaść.

Kto Pana ukrywał? Czy to byli wyłącznie członkowie "SW", czy osoby nienależące do tej organizacji?
- Przez 6 lat ukrywania się mieszkałem na zmianę w około 60 domach, zawsze z jakąś rodziną. Najczęściej było tak, że ludzie, którzy mnie dłużej ukrywali, wchodzili po opuszczeniu przeze mnie mieszkania w ścisłą konspirację i często składali przysięgę organizacyjną.

Jaka kara groziła ludziom, którzy Pana ukrywali?
- Za pomoc osobom poszukiwanym listami gończymi groziła kara do 5 lat więzienia.

Jak odbyło się Pana aresztowanie? Od razu Pana pojmali i wywieźli do Warszawy?
- Wpadłem nie przez bezpośrednią zdradę, ale w wyniku szeroko zakrojonej akcji operacyjnej służb specjalnych - podsłuchy w wytypowanych domach oraz z powodu własnej nieostrożności. Zawsze mówiłem, że to gra do jednej bramki i wiedziałem że prędzej czy później wpadnę. 9 listopada 1987 roku aresztowano nas (z Hanną Łukowską) w mieszkaniu współpracującej z "SW" drukarki Elżbiety Zielińskiej, gdzie po 10 minutach wparowała cała ekipa i sam nie wiem, jak leżałem na podłodze z kajdankami na rękach. Rano z aresztu na Łąkowej we Wrocławiu karetka MO obstawiona milicyjnymi samochodami przewiozła mnie na wojskowe lotnisko, skąd helikopterem przykuty do ławki poleciałem do Warszawy. Tak trafiłem do aresztu na Rakowieckiej. Stamtąd po około pół roku wyrzucono mnie z Polski.

Jak udało się Panu nielegalnie wrócić do kraju jeszcze przed przemianami 1989 roku?
- Mój nielegalny powrót z Ameryki po niecałych czterech miesiącach to odrębna opowieść, w której jest sporo przypadków i szczęśliwych zbiegów okoliczności. Gdy po 36 godzinach podróży - najpierw samolotem z Toronto przez Manchester, Monachium, Wiedeń, a potem samochodem przez Czechosłowację, z paszportem podobnego do mnie Kazika Głowackiego od kilku lat przebywającego w Stanach Zjednoczonych - pod koniec sierpnia 1988 roku wróciłem do Polski, do Wrocławia, byłem najszczęśliwszym człowiekiem na świecie.

Błędy były też wynikiem niepowodzeń w próbach wpływania na sytuację w Polsce po 1989 roku? Startował Pan wtedy bez powodzenia w wyborach do Sejmu, a także próbował Pan wystartować w wyborach prezydenckich.
- To już inna historia na zupełnie nową opowieść. Po przełomie 1989 i 1990 roku ludzie "SW", a w szczególności ja, mieli minimalne szanse na skuteczne działanie polityczne w sytuacji, gdy postanowili pozostać wierni przyświecającym im ideałom.

Jest Pan znanym krytykiem Okrągłego Stołu. Po prawie 20 latach funkcjonowania III RP, opartej na jego postanowieniach, nie zmienił Pan zdania?
- Okrągły Stół to proces, który wbrew zamiarom dogadujących się uczestników, dzięki naciskom ze strony takich sił jak "SW", a zwłaszcza determinacji Polaków, skończył się szczęśliwym upadkiem komunizmu. Lecz moralny zaduch i małoduszność zawartych wówczas porozumień ciążą nad przemianami w Polsce i całym bloku postsowieckim przez długie 20 lat. Naprawdę jest już najwyższy czas zrzucić to brzemię.

Urodził się Pan w Warszawie. Dlaczego zostawił Pan stolicę i swoją rodzinę dla Wrocławia?
- Wyjechałem z Warszawy, bo nie dostałem się na studia medyczne. Fizykę bardzo lubiłem, ale w stolicy nie było już wtedy drugiego naboru na ten kierunek po wakacjach. Miałem do wyboru tylko uczelnie w Krakowie, Wrocławiu i Toruniu. Wybrałem Wrocław, bo miałem - można powiedzieć - znajomych z lat przedszkolnych w tym mieście. Siostra zakonna z mojego przedszkola, poprzez rodziców, poleciła mnie swojej siostrze mieszkającej z rodziną we Wrocławiu. Tu zacząłem studiować fizykę.

Dlaczego właśnie fizyka?
- Ukierunkowała mnie Jadwiga Wasilewska, moja nauczycielka fizyki z gimnazjum im. Adama Mickiewicza na Saskiej Kępie. Była wybitnym pedagogiem i miała bardzo duży wpływ na kształtowanie moich postaw i poglądów. Przekazywała nam - uczniom - nie tylko wiedzę o fizyce, ale także wyrabiała w nas charakter, uczyła myślenia, cywilnej odwagi i prawości.

Jak Pan obchodził Święta Bożego Narodzenia, gdy się Pan ukrywał?
- Zwykle z gospodarzami mieszkania, w którym się ukrywałem. Bywało, że odwiedzałem domy, które mnie wcześniej gościły. Dwa razy modliłem się na Pasterce.

Śpiewał Pan wtedy kolędy? Jaka jest Pana ulubiona?
- Kolędy uwielbiałem od dziecka. Nie wyobrażam sobie bez nich świąt. Najwspanialsza to "Bóg się rodzi".

Jaki prezent bożonarodzeniowy najbardziej Pan pamięta?
- Przyjazd z Anglii na Boże Narodzenie mego szkolnego przyjaciela Tadeusza Warszy, który wydatnie swoimi i zbieranymi pieniędzmi wspierał "Solidarność Walczącą". Tadeusza nie widziałem prawie 20 lat i radość, jaką mi uczynił swoim przyjazdem, udzieliła się Władzi Konstantynowicz, u której wtedy mieszkałem, i Hani Łukowskiej, która też ukrywając się, spędzała z nami te święta.

Poza wykładami na Politechnice i działalnością na rzecz pamięci o "SW" znajduje Pan jeszcze czas na jakieś osobiste zainteresowania?
- Ciągle interesuje mnie człowiek, wszechświat i Bóg. Bliskie mi są sprawy Polski i Europy. Uważam, że żyjemy we wspaniałym, przełomowym, trudnym czasie wymagającym nowych wizji i rozwiązań. Osobiste przemyślenia zamierzam prezentować na internetowej stronie "Solidarności Walczącej" pod adresem www.solidarni.org.

Dziękuję za rozmowę.
Kornel Morawiecki, Mariusz Bober,
dodany: 2008-12-24
Słowa kluczowe: wywiad, Nasz Dziennik, Bober, Morawiecki,
KOMENTARZE:
Zaloguj się