 |
Z
Kornelem Morawieckim, założycielem "Solidarności Walczącej", jednym z
najbardziej zwalczanych przez komunistów działaczy opozycji
solidarnościowej, wieloletnim wydawcą i redaktorem podziemnej prasy,
doktorem fizyki, pracownikiem naukowym Politechniki Wrocławskiej,
rozmawia Mariusz Bober
Czy można powiedzieć, że założona
przez Pana "Solidarność Walcząca" wywodziła się ze środowiska, jakie
zgromadziło się w Pana podwrocławskim domu - zwanym potocznie
"Kornelówką"?
- Tak nie można powiedzieć. "Solidarność Walcząca"
była poważną i właściwą odpowiedzią na stan wojenny, na działania
mające zniszczyć "Solidarność". Natomiast chata pod lasem, którą w
pierwszej połowie lat 70. postawiłem przy pomocy przyjaciół z bali
pochodzących z rozbieranych kamienic wrocławskich, faktycznie zespoliła
szersze, spotykające się przy ogniskach środowisko. Na pewno ułatwiło
to nam skuteczne wejście w konspirację po 13 grudnia 1981 r., a potem
powstanie "Solidarności Walczącej". Zresztą podobną, może ważniejszą
rolę odegrało moje zaangażowanie się w redakcję i wydawanie "Biuletynu
Dolnośląskiego" - niezależnego czasopisma przygotowującego we Wrocławiu
grunt pod "wybuch" tamtej pierwszej "Solidarności".
Jak Pan
godził budowę, obowiązki rodzinne, pracę na uczelni z takimi zajęciami
jak uprawa ziemi, hodowla pszczół, wydawanie niezależnej prasy?
-
Nie godziłem. Gdy stopniowo, trochę z przypadku, ale z przekonaniem
angażowałem się w konspiracyjną działalność, na bok poszła praca
naukowa, a pszczele roje - na zmarnowanie.
W różnych
wypowiedziach mówił Pan, że powstanie "SW" było po prostu odpowiedzią
na represje władz. Ale czy to oznacza, że najbardziej radykalna i chyba
najbardziej zwalczana organizacja podziemna w PRL w latach 80.
ubiegłego wieku została założona spontanicznie?
- To nie była
jednorazowa decyzja, ale pewien proces niełatwy ani dla mnie, ani dla
moich koleżanek i kolegów, którzy uczestniczyli w tworzeniu
"Solidarności Walczącej". Przecież to nie ja sam ją założyłem i
prowadziłem. Byłem jednym z jej twórców razem z moimi przyjaciółmi:
m.in. Hanną Łukowską-Karniej, nieżyjącym już Janem Pawłowskim, Michałem
Gabryelem, Zbigniewem Oziewiczem czy Marią Koziebrodzką. Mieliśmy różne
wątpliwości.
Wówczas działała przecież "Solidarność", chociaż prześladowana przez reżim PRL po wprowadzeniu stanu wojennego...
-
Niektórzy obawiali się, że zakładając nową organizację, osłabimy
"Solidarność". Stanowiliśmy bowiem trzon działalności wydawniczej i
kolportażowej "S". Wydawaliśmy i kolportowaliśmy gazetę codzienną "Z
Dnia na Dzień", utrzymywaliśmy kontakty z zakładami pracy itd. Po
wprowadzeniu stanu wojennego zrozumieliśmy, że nie będzie łatwo, że
hasło "Zima wasza, wiosna nasza" nie sprawdzi się. Przewidywaliśmy
więc, że nasza działalność potrwa jeszcze długo. W kwietniu 1982 r.
ukazały się Tezy Społecznej Rady Prymasowskiej dotyczące ugody
społecznej, które wydawały nam się zbyt ustępliwe. Ale władze wyśmiały
te propozycje i odrzuciły w arogancki sposób. Doszliśmy do wniosku, że
"Solidarności" nie da się wyprosić, wynegocjować, wymodlić, że trzeba
ją wywalczyć.
Stąd nazwa "Solidarność Walcząca", która miała walczyć już nie tylko o związek, ale o wolną Polskę?
-
Chcieliśmy nie tylko wolnej Polski. Chcieliśmy obalenia komunizmu.
"Solidarność" traktowaliśmy jako propozycję dla Polski, ale także jako
alternatywę dla kapitalizmu panującego na Zachodzie. Marzyliśmy, że to
będzie propozycja społeczna, która obali komunizm i będzie lepszym
rozwiązaniem dla wolnego świata. Mówiliśmy też o niepodległości innych
krajów - Litwy i Ukrainy, Armenii i Gruzji. Mówiliśmy o zjednoczeniu
Niemiec, o zrzuceniu komunistycznego jarzma przez samych Rosjan. To
była szersza perspektywa polityczna, ale także moralna. Rozumieliśmy,
że ta propozycja zobowiązuje każdego z nas do większego wysiłku, do
samozaparcia i poświęcenia. Mieliśmy też dystans do siebie. Zdawaliśmy
sobie sprawę, że porywamy się z motyką na słońce, choć przecież takie
gesty nie są Polakom obce.
Ma Pan na myśli to, że "SW" chciała kontynuować działalność niepodległościową historycznych zrywów Polaków?
-
Tak, ale my nie chcieliśmy organizować powstania, nie chcieliśmy
przelewu krwi. Wiedzieliśmy, że dopóki władza stosuje represje w sposób
ograniczony, nie strzela masowo do demonstrantów, nie skazuje działaczy
podziemia na karę śmierci - trzeba powstrzymać się od radykalnych
akcji. Duch "Solidarności" oddziaływał także na drugą stronę, bo
komuniści też nie chcieli bezwzględnej, wyniszczającej wojny, starali
się dozować represje i ucisk. Dlatego i my nie zakładaliśmy rozwiązania
siłowego, nie chcieliśmy wywoływać wojny domowej. Z drugiej strony
mieliśmy świadomość, że jeśli oni będą chcieli nas stłamsić przemocą,
to my musimy się tak zorganizować, żeby się nie poddać, żeby walczyć.
Dlatego PRL-owska propaganda zrobiła z Was terrorystów?
-
Byliśmy przedstawiani jako groźna organizacja. Mieliśmy sygnały, że
młodym ludziom z "SW" zatrzymanym przez milicję grożono większymi
karami, bo władze twierdziły, że nie zajmowali się oni zwykłą
działalnością związkową, ale działając w konspiracji w "SW", ocierali
się o terroryzm. Z kolei mieliśmy sygnały wychodzące od ludzi
związanych wtedy ze Służbą Bezpieczeństwa, że czuli oni respekt przed
nami, ponieważ dostrzegali w nas prawdziwe zagrożenie. W tym sensie
sami traktowaliśmy siebie jako poważnych przeciwników, choć stawaliśmy
do nierównej walki, bo SB miała do dyspozycji całą siłę systemu. Za
nami stała tylko pasja i determinacja. Dlatego staraliśmy się zapewnić
pewną osłonę, tworząc struktury wywiadowcze i kontrwywiadowcze.
Prowadziliśmy więc regularne nasłuchy rozmów prowadzonych przez SB,
szkoliliśmy ekipy przerzutowe, "urywające się" obstawie, wprowadzaliśmy
elementy kontrobserwacji i dezinformacji przeciwnika.
Właśnie
ta działalność wywiadowcza i kontrwywiadowcza najbardziej chyba
odróżniała "SW" od innych organizacji podziemnych, a dla reżimu
stanowiła największe wyzwanie.
- Najbardziej dotkliwe dla nich
było to, że nie mogli zainstalować w kierownictwie naszej organizacji
agentury. W "SW" miała ona charakter peryferyjny. W materiałach SB
udostępnionych w ostatnich latach przez Instytut Pamięci Narodowej
widać wyraźnie, że komuniści nie mieli informacji pochodzących z
centrum władz naszej organizacji. Dlatego też nie mogli nas
kontrolować. Stąd nawet wyolbrzymiali zagrożenie z naszej strony,
myśląc, że wiemy więcej, niż naprawdę wiedzieliśmy. Widać to z
dokumentów przechowywanych w Warszawie czy Rzeszowie, bo we Wrocławiu
ok. 95 proc. materiałów na nasz temat zostało zniszczonych albo
wyniesionych.
Prócz działalności wywiadowczej i kontrwywiadowczej wydawaliście także gazety, książki i ulotki...
-
Nasza główna rola polegała na walce o serca i umysły Polaków.
Chcieliśmy docierać do świadomości społecznej, jednocześnie
sygnalizując, że jest taka struktura jak "Solidarność Walcząca", że
działa, organizuje się i rozwija. Prowadziliśmy nie tylko wydawnictwo,
ale też radio, agencję fotograficzną oraz informacyjną, z których
korzystały redakcje innych podziemnych pism. Przygotowywaliśmy też
analizy bieżącej sytuacji, a także artykułów ukazujących się w całej
podziemnej prasie. Zbieraliśmy i korzystaliśmy z informacji poufnych o
stanie gospodarki i kondycji reżimu komunistycznego w Polsce oraz o
bloku sowieckim. Ponadto organizowaliśmy manifestacje, spotkania,
nawiązywaliśmy współpracę z innymi organizacjami podziemnymi - z
Ogólnopolskim Komitetem Oporu Rolników, Konfederacją Polski
Niepodległej, Międzyzakładowym Robotniczym Komitetem Strajkowym, z
Liberalno-Demokratyczną Partią "Niepodległość" itd.
Charakterystyczne
i jednocześnie niezwykłe było używanie przez "SW" nowoczesnych jak na
tamte czasy metod działalności, m.in. sprzętu elektronicznego do
podsłuchiwania kanałów łączności SB, łamania ich szyfrów, a nawet
zakłócania audycji radiowo-telewizyjnych i "wchodzenia" z własnymi
przekazami na anteny radia i telewizji. Jak udało Wam się to
przeprowadzić?
- Organizacja była dość autonomiczna. Spoistość
zapewniała jej formacja ideowa. Jednak różne struktury, te wspomniane
wcześniej, jak i inne, np. Poczta "SW" miały dość dużą swobodę, to
znaczy, że były tylko w niewielkim stopniu sterowane z centrali, miały
więc wiele oryginalnych pomysłów.
Nie było zarzutów, że swoboda w "SW" jest zbyt duża, że dla usprawnienia organizacji trzeba ją np. "bardziej spionować"?
-
Były, ale centralizacja narażałaby nas na większą penetrację przez
służby specjalne PRL. Organizacja miała właściwie strukturę sieci.
Czasami ta autonomiczność była wręcz przesadna. Pamiętam np., jak w
połowie lat 90. pojechałem do USA, gdzie spotkałem druha, który
powiedział mi, że siedział w więzieniu za "SW". Zapytałem go: "Z kim z
'SW' miałeś łączność?". Odpowiedział mi: "Z nikim. Po prostu podobała
mi się wasza działalność, więc próbowałem na własnym terenie Pomorza
Zachodniego robić to samo, przede wszystkim wydawać i kolportować
wasze, nasze ulotki". Samym swoim istnieniem aktywizowaliśmy innych do
podobnych działań na rzecz walki o niepodległość. Z drugiej strony
dostrzegaliśmy znaczenie spójności programowej. Niektóre gazetki "SW" o
charakterze regionalnym były redagowane na słabym poziomie. Uznaliśmy
więc, że lepiej przedrukowywać materiały z wydawanej przez nas prasy,
dodając informacje lokalne. W sprawach rozbudowy i koordynacji pracy
naszych struktur były między nami w Komitecie Wykonawczym i w Radzie
"SW" spory...
...a w sprawie wizji wolnej Polski?
-
Spory dotyczyły również natury solidaryzmu, który planowaliśmy
zrealizować w wolnej już Polsce. To właśnie my rzuciliśmy wtedy
koncepcję Rzeczypospolitej Solidarnej. Krytycy mówili, że za daleko
mierzymy, że to niepotrzebne, i trzeba skupić się na bieżącej walce z
komunizmem, zamiast zastanawiać się nad programami politycznymi.
Takie
spory były też w samej "Solidarności", której zarzucano, że nie miała
spójnej wizji wolnej Polski. Co po 1989 r. doprowadziło do takich
podziałów, jakie obserwowaliśmy?
- Można postawić też inne
zarzuty, choć nie pod adresem zwykłych ludzi. Oni bowiem nie brali
udziału w ścisłej konspiracji. Chodzi o to, że w drugiej połowie lat
80. widać było duże zmęczenie zarówno w "Solidarności", jak i w
społeczeństwie. Niektórzy już nie widzieli sensu dalszej walki. W 1988
r. ukazał się w "Tygodniku Mazowsze" znamienny artykuł Jacka Kuronia
pt. "Krajobraz po bitwie". Widać było w nim rezygnację nawet z idei
"Solidarności". W programie podziemnej "S" opracowanym w połowie lat
80. przez otoczenie Bronisława Geremka, a podpisanym przez Lecha Wałęsę
właściwie już nie mówiło się o "Solidarności", ale o spółdzielczości,
samorządności. Ci ludzie kompletnie nie wierzyli w możliwość odzyskania
niepodległości. My może też czuliśmy własne i społeczne zmęczenie, ale
uważaliśmy, że nie możemy zwinąć sztandaru naszych marzeń, bo właśnie
te marzenia stanowią o podtrzymaniu i sile narodowego oporu.
Ale
w drugiej połowie lat 80. widać było, że władze miały coraz większe
kłopoty z utrzymaniem systemu, co dawało nadzieję na jego upadek.
Przykładem tych kłopotów były choćby tzw. reformy gospodarcze.
-
Rzeczywiście dochodziły również optymistyczne sygnały, bardzo wyraźnym
była rosyjska pierestrojka. Dlatego mieliśmy podstawy, by mówić i dążyć
do upadku komunizmu. Trzon naszej organizacji składał przysięgę: "Wobec
Boga i Ojczyzny przysięgam walczyć o wolną i niepodległą Rzeczpospolitą
Solidarną poświęcać swe siły czas - a jeśli zajdzie potrzeba - swe
życie dla zbudowania takiej Polski...". Dlatego nawet jeśli ktoś nie
bardzo wierzył w realność zwycięstwa za swojego życia, miał moralny
obowiązek działać.
Jak żona radziła sobie z czwórką dzieci, gdy przez 6 lat ukrywał się Pan, zmieniając ciągle miejsca pobytu?
-
Był to bardzo trudny okres dla żony i czwórki moich dzieci. Rozumieli i
popierali moją działalność. Najstarsza córka Anna od pierwszych dni
stanu wojennego uczestniczyła w wydawaniu gazety "Z Dnia na Dzień".
Młodsze dzieci chodziły wówczas do szkoły. Chyba w 1984 roku esbecy
wywieźli syna za miasto i straszyli go. Na szczęście nic poważniejszego
mu nie zrobili. Bałem się wtedy, że mogą posunąć się do ostateczności.
Myślę, że komuniści z kolei woleli nie posuwać się do skrajności w
stosunku do bliskich mi osób w obawie przed reakcją społeczeństwa i
całej organizacji.
Próbowaliście też współpracować i oddziaływać na inne kraje bloku sowieckiego?
-
Odzew był raczej pośredni, bo też nasze oddziaływanie nie było aż tak
wielkie. Staraliśmy się wysyłać ulotki do krajów ZSRS. Wydawaliśmy
gazetę pt. "Opinie", a później "Nazory" (bardziej poprawnie) w języku
czeskim i przerzucaliśmy ją do Czechosłowacji. Dopiero później, pod
koniec lat 80., nasi wysłannicy jeździli na Litwę, Białoruś, Ukrainę,
do Gruzji, Azerbejdżanu i Kazachstanu na spotkania z tamtejszą
opozycją. W samej Rosji mieliśmy dobre kontakty za pośrednictwem
Mikołaja Iwanowa. Niektórzy nasi działacze-zapaleńcy, tacy jak Piotr
Hlebowicz, Jadwiga Chmielowska, Wojciech Stando i inni, na Wschodzie w
sowieckich republikach próbowali zaszczepić tam metody konspiracji i
wspierać lokalne wątłe grupy niepodległościowe. Było to trudne i
niebezpieczne, przede wszystkim ze względu na możliwość prowokacji ze
strony KGB.
Co było Waszą - "SW" - i Pańską największą troską?
-
Staraliśmy się przede wszystkim nie dać się rozpracować. Nawet gdy
zostałem w 1987 r. aresztowany, nie wpadły żadne dokumenty, kontakty
itp. Moje ukrywanie się było dla ludzi przykładem, że można wodzić za
nos SB, ale gdy mnie aresztowano, miałem żal do siebie, że wpadłem
przez swoje zaniedbanie.
Dlaczego?
- Bo nie powinienem
był iść do lokalu, co do którego od roku było podejrzenie, że jest
obserwowany przez SB. Lekkomyślna i tragiczna utrata czujności! Jedynym
moim pocieszeniem pozostaje to, że przy ludzkiej i Boskiej pomocy przez
6 lat udawało mi się nie wpaść.
Kto Pana ukrywał? Czy to byli wyłącznie członkowie "SW", czy osoby nienależące do tej organizacji?
-
Przez 6 lat ukrywania się mieszkałem na zmianę w około 60 domach,
zawsze z jakąś rodziną. Najczęściej było tak, że ludzie, którzy mnie
dłużej ukrywali, wchodzili po opuszczeniu przeze mnie mieszkania w
ścisłą konspirację i często składali przysięgę organizacyjną.
Jaka kara groziła ludziom, którzy Pana ukrywali?
- Za pomoc osobom poszukiwanym listami gończymi groziła kara do 5 lat więzienia.
Jak odbyło się Pana aresztowanie? Od razu Pana pojmali i wywieźli do Warszawy?
-
Wpadłem nie przez bezpośrednią zdradę, ale w wyniku szeroko zakrojonej
akcji operacyjnej służb specjalnych - podsłuchy w wytypowanych domach
oraz z powodu własnej nieostrożności. Zawsze mówiłem, że to gra do
jednej bramki i wiedziałem że prędzej czy później wpadnę. 9 listopada
1987 roku aresztowano nas (z Hanną Łukowską) w mieszkaniu
współpracującej z "SW" drukarki Elżbiety Zielińskiej, gdzie po 10
minutach wparowała cała ekipa i sam nie wiem, jak leżałem na podłodze z
kajdankami na rękach. Rano z aresztu na Łąkowej we Wrocławiu karetka MO
obstawiona milicyjnymi samochodami przewiozła mnie na wojskowe
lotnisko, skąd helikopterem przykuty do ławki poleciałem do Warszawy.
Tak trafiłem do aresztu na Rakowieckiej. Stamtąd po około pół roku
wyrzucono mnie z Polski.
Jak udało się Panu nielegalnie wrócić do kraju jeszcze przed przemianami 1989 roku?
-
Mój nielegalny powrót z Ameryki po niecałych czterech miesiącach to
odrębna opowieść, w której jest sporo przypadków i szczęśliwych zbiegów
okoliczności. Gdy po 36 godzinach podróży - najpierw samolotem z
Toronto przez Manchester, Monachium, Wiedeń, a potem samochodem przez
Czechosłowację, z paszportem podobnego do mnie Kazika Głowackiego od
kilku lat przebywającego w Stanach Zjednoczonych - pod koniec sierpnia
1988 roku wróciłem do Polski, do Wrocławia, byłem najszczęśliwszym
człowiekiem na świecie.
Błędy były też wynikiem niepowodzeń
w próbach wpływania na sytuację w Polsce po 1989 roku? Startował Pan
wtedy bez powodzenia w wyborach do Sejmu, a także próbował Pan
wystartować w wyborach prezydenckich.
- To już inna historia na
zupełnie nową opowieść. Po przełomie 1989 i 1990 roku ludzie "SW", a w
szczególności ja, mieli minimalne szanse na skuteczne działanie
polityczne w sytuacji, gdy postanowili pozostać wierni przyświecającym
im ideałom.
Jest Pan znanym krytykiem Okrągłego Stołu. Po
prawie 20 latach funkcjonowania III RP, opartej na jego
postanowieniach, nie zmienił Pan zdania?
- Okrągły Stół to
proces, który wbrew zamiarom dogadujących się uczestników, dzięki
naciskom ze strony takich sił jak "SW", a zwłaszcza determinacji
Polaków, skończył się szczęśliwym upadkiem komunizmu. Lecz moralny
zaduch i małoduszność zawartych wówczas porozumień ciążą nad
przemianami w Polsce i całym bloku postsowieckim przez długie 20 lat.
Naprawdę jest już najwyższy czas zrzucić to brzemię.
Urodził się Pan w Warszawie. Dlaczego zostawił Pan stolicę i swoją rodzinę dla Wrocławia?
-
Wyjechałem z Warszawy, bo nie dostałem się na studia medyczne. Fizykę
bardzo lubiłem, ale w stolicy nie było już wtedy drugiego naboru na ten
kierunek po wakacjach. Miałem do wyboru tylko uczelnie w Krakowie,
Wrocławiu i Toruniu. Wybrałem Wrocław, bo miałem - można powiedzieć -
znajomych z lat przedszkolnych w tym mieście. Siostra zakonna z mojego
przedszkola, poprzez rodziców, poleciła mnie swojej siostrze
mieszkającej z rodziną we Wrocławiu. Tu zacząłem studiować fizykę.
Dlaczego właśnie fizyka?
-
Ukierunkowała mnie Jadwiga Wasilewska, moja nauczycielka fizyki z
gimnazjum im. Adama Mickiewicza na Saskiej Kępie. Była wybitnym
pedagogiem i miała bardzo duży wpływ na kształtowanie moich postaw i
poglądów. Przekazywała nam - uczniom - nie tylko wiedzę o fizyce, ale
także wyrabiała w nas charakter, uczyła myślenia, cywilnej odwagi i
prawości.
Jak Pan obchodził Święta Bożego Narodzenia, gdy się Pan ukrywał?
-
Zwykle z gospodarzami mieszkania, w którym się ukrywałem. Bywało, że
odwiedzałem domy, które mnie wcześniej gościły. Dwa razy modliłem się
na Pasterce.
Śpiewał Pan wtedy kolędy? Jaka jest Pana ulubiona?
- Kolędy uwielbiałem od dziecka. Nie wyobrażam sobie bez nich świąt. Najwspanialsza to "Bóg się rodzi".
Jaki prezent bożonarodzeniowy najbardziej Pan pamięta?
-
Przyjazd z Anglii na Boże Narodzenie mego szkolnego przyjaciela
Tadeusza Warszy, który wydatnie swoimi i zbieranymi pieniędzmi wspierał
"Solidarność Walczącą". Tadeusza nie widziałem prawie 20 lat i radość,
jaką mi uczynił swoim przyjazdem, udzieliła się Władzi Konstantynowicz,
u której wtedy mieszkałem, i Hani Łukowskiej, która też ukrywając się,
spędzała z nami te święta.
Poza wykładami na Politechnice i
działalnością na rzecz pamięci o "SW" znajduje Pan jeszcze czas na
jakieś osobiste zainteresowania?
- Ciągle interesuje mnie
człowiek, wszechświat i Bóg. Bliskie mi są sprawy Polski i Europy.
Uważam, że żyjemy we wspaniałym, przełomowym, trudnym czasie
wymagającym nowych wizji i rozwiązań. Osobiste przemyślenia zamierzam
prezentować na internetowej stronie "Solidarności Walczącej" pod
adresem www.solidarni.org.
Dziękuję za rozmowę. |