PublicystykaHistoriaWyczucie chwili (o celebrowaniu rocznic)
mail
[Zaloguj]

15-03 - dzisiejsze rocznice:

Linki

Wyczucie chwili
(o celebrowaniu rocznic)

Krzyzak-ke (...) naszej świadomości historycznej. Zrytej i zrujnowanej, zapuszczonej i łatanej doraźnie bez szans na doprowadzenie do stanu choćby przyzwoitego. Naprawianej typowo polską metodą, tylko tam, gdzie już naprawdę przejść się nie daje. Resztę zostawia się z nadzieją, że jeszcze trochę wytrzyma, wracając do niej gdy i ona się już sypie. (...)
Tekst jest, oczywiście, rocznicowy ale rocznicy dotyczył będzie w zasadzie tylko o tyle, że stanowi ona znakomite tło na którym zjawisko, o którym chce pisać, będzie, a właściwie jest, szczególnie widoczne.
Zainspirował mnie zauważony dzisiaj artykuł w magazynie Fokus pt. „Za Polskę i Führera” ale nie o nim będę mówił. Nie oceniam go ani innych, zbliżonych do niego treścią, jako czegoś niewłaściwego, opublikowanego w nieodpowiednim czasie. Choć w zasadzie faktycznie moment może wydawać się niezbyt właściwy czy szczęśliwy. Ale nie o takie „wyczucie chwili” mi chodzi. W zasadzie ta publikacja jest absolutnie pozbawionym winy (zaś, jako materiał ze wszech miar ciekawym i potrzebnym) zobrazowaniem stanu naszej świadomości historycznej. Zrytej i zrujnowanej, zapuszczonej i łatanej doraźnie bez szans na doprowadzenie do stanu choćby przyzwoitego. Naprawianej typowo polską metodą, tylko tam, gdzie już naprawdę przejść się nie daje. Resztę zostawia się z nadzieją, że jeszcze trochę wytrzyma, wracając do niej gdy i ona się już sypie.
 
Nie umiem w zasadzie powiedzieć czemu tak jest. W odróżnieniu do dziurawych dróg, pokrytych liszajem kamienic czy rdzewiejących w ukryciu mostów tu akurat nie chodzi o pieniądze. A dzieli ta nasza pamięć równo los tamtych ruin i interwencji naprawczych. Ot nagle gdzieś pojawia się ekipa i remontuje. Ale jak już to „kompleksowo”.
 
W mechanizmie „pamiętania”, który sobie wypracowaliśmy najbardziej widoczna jest właśnie „doraźność” i „kompleksowość”. Ta pierwsza z cech i ta druga z nią razem w takim stylu mocno PRL-owskim, przypominającym naturalne dla tamtego czasu „naloty szarańczy” w postaci oficjalnej wizyty jakiegoś notabla z jakiejś okazji. Z okazji… Nagle robiło się remont wszystkiego mając świadomość, że wszystkiego, ani nawet połowy wszystkiego przyzwoicie zrobić się nie da. Nikomu jakoś nie postało w głowie by zacząć jakoś tak wcześniej by wszystko doprowadzić do stanu pożądanego metodycznie i przyzwoicie.
 
W tej formule, rodem z PRL-u, zawsze jakieś kawałki zrobione są tak sobie, po łebkach, byle jak. I to, prędzej, czy później, wychodzi jako ewidentna niedoróbka. Czasem taka, od której konstrukcja może się zachwiać.
 
Nasza pamięć jest, w sposób oczywisty ( w sensie doświadczania) rocznicowa. Skupiająca się na celebrowaniu okrągłych okazji. Jest kształtowana wedle niewzruszalnego schematu przeciwstawiającego sobie nieodmiennie „pamięć chlubną (oficjalną)” i „pamięć wstydliwą”. To tak wryło się w publiczną świadomość, że coraz trudniej zetknąć się s tą oficjalna wersją pamięci. Na wyścigi odkrywamy albo „odkrywamy” wstydliwe wątki naszej historii czyniąc z nich ten najbardziej słyszany głos w dyskusji.
 
„Rocznicowość” nie jest tu oczywiście bez winy. Wręcz przeciwnie. Ponosi za taki stan winę oczywistą. Jak wiadomo każda rocznica to w zasadzie jeden dzień w roku (i kilka sąsiednich dołożonych na rozped i wyhamowanie). Przy czym i to byłoby więcej niż jest w istocie. Wszak rocznice obchodzi się nie co rok. Poza kilkoma wyjątkami. Czekamy po pięć a jeszcze częściej po dziesięć lat. Na rocznice okrągłe. W tym czasie pamięć nasza pozostaje gruntem jałowym. Oczywiście ciągle powstają dzieła służące wzbogacaniu wiedzy o naszej przeszłości ale w większości są to raczej wydawane w niezbyt dużych nakładach dzieła naukowe. Raczej hermetyczne niż popularyzatorskie. Nie twierdze, że tu trzeba kogokolwiek winić. Trudno kogoś zmuszać by nagle stał się wcieleniem Łojka lub Jasienicy jeśli tego nie czuje.
 
Nie wiem jak to wygląda w „małym światku”* ale brak mi jakiejś trwałej, publicznej debaty nad tymi najboleśniejszymi albo najmniej znanymi aspektami naszej historii. Trwałej zarówno w tym sensie, że toczonej do skutku jak i w tym, ze rezultaty nie tylko przedostaną się do zbiorowej świadomości ale i w niej zostaną.  Przez to, że to zaniedbujemy, zmuszeni jesteśmy od czasu do czasu doświadczać istnego „pospolitego ruszenia” historyków wszelakiego autoramentu. Tych najprawdziwszych i tych domorosłych ( proszę nie uważać, że jednych uważam za lepszych a drugich za gorszych. Jedni górują warsztatem a inni zapałem). Starczy że czas zakręci równe kółko albo ogłoszony zostanie oficjalnie jakiś „rok” i nagle mamy nadprodukcję o charakterze historycznej monokultury. Ale monokultury obejmującej wszelkie odmiany. Musi wtedy zaleźć się miejsce i na wszelkie hagiografie i na kontrowersje. Choć może to drażnić.
 
Pewnie ideałem byłoby, gdyby sprawę ewentualnych polskichQuislingów i innych, ewentualnych szubrawców naszej krwiwyjaśnić w jakimś oddaleniu czasowym od związanej z nimi, okrąglej rocznicy. Choćby miało owo wyjaśnianie mieć formę publicznego rozdrapywania ran i samobiczowania. Wtedy chyba nikogo by to nie drażniło tak bardzo jak w dniu świątecznym. Albo prawie nikogo. Ale takie drapanie prawie nikomu nie przywiodłoby na myśl żadnych spisków i sabotaży dokonywanych na naszej pamięci.
 
Popadamy w taki „rocznicowy” paradoks cyzelowania pamięci. Gdy chcemy przy święcie wiedzieć jak było ci, którzy wiedza najlepiej, wolą raczej mówić, że było dobrze. Jakby nie było naprawdę… O tym, że mogło być nieco inaczej pisze prasa, nie zawsze fachowa, często dla ewidentnego posmaku sensacji. Bo sensacją jest nie to, że było dobrze. Nawet można powiedzieć, że dla takich publikatorów nawet lepiej jest gdy okazuje się, ze dobrze wcale nie było. Po czym spór gaśnie na 10 lat.
Historia pisana z gazetą w dłoni.
 
Oczywiście lepiej jest tak, niż wcale. Bo inaczej byłoby przecież „wcale”. A nawet gorzej. Tu, czy w mojej głowie ( wykształconego historyka) jest naprawdę nie najgorzej ale ani to miejsce ani moja głowa to żadne wyznaczniki narodowej świadomości historycznej. Z tą jest naprawdę źle. Podniecamy się i cieszymy, jak najbardziej zresztą słusznie, że Amerykanie fascynują się komputerową grą o Szarych Szeregach, że Norwegowie piszą piosenkę o obronie Wizny. Doskonale, że jakaś część Polaków (młodych i starszych) dowie się dzięki temu co to takiego Szare Szeregi i Wizna. Ale liczyć na Amerykanów i Norwegów w kształtowaniu naszej świadomości historycznej raczej nie powinniśmy.
 
Brak wiedzy to zawsze zagrożenie manipulacją. Trudno dziwić się, że o naszej historii mało kto wie. I nie myślę tu tylko o Francuzach, Amerykanach… Jak mamy wygrać wojnę o pamięć ( trudno zaprzeczyć, że właśnie się toczy) gdy sami mamy z nią problem. Przegrywamy w zasadzie zawsze, gdy tylko ktoś nas wyzwie na to pole. Tyle tego było, że czas wyciągnąć z tego jakieś wnioski. Najlepiej inne niż te z ostatnich czasów…
* z Lodgea
 
rosemann,
dodany: 2009-08-31
Słowa kluczowe: polityka historyczna,
KOMENTARZE:
Zaloguj się