PublicystykaHistoriaSmutny koniec Wielkiej Wojny
mail
[Zaloguj]

13-03 - dzisiejsze rocznice:

Linki

Smutny koniec Wielkiej Wojny (polityka historyczna)

Detmold (...) Kiedy patrzę na konsekwencję z jaka Berlin kreuje swoją wersję „końca wojny” albo siłę, z jaką Moskwa przeciwstawia się rzuceniu choćby najmniejszego cienia na wojennych bohaterów to nie mam wątpliwości, że o cos w tym chodzi. Po drugie robią to, bo czują, że wolno. Z zestawienia owego „po pierwsze” i „po drugie” jawi mi się wizja zapędzenia nas do narożnika przez… nasze ofiary z lat 1939-45. (...)
Skoro ostatnio tyle o rocznicach to i ja nieśmiało nawiążę do mojej skromnej. Powoli stuknie mi rok okrągły obecności w Salonie24. Kiedy stuknie w tej chwili nie pamiętam a zaglądać do mego osobistego archiwum (to mniej osobiste w porywie jakichś emocji osobiście przy pomocy KMK usunąłem). Pamiętam, ze pierwszym moim tekstem, który wzbudził jakąś szerszą dyskusję był mój postulat by czym prędzej pozbyć się Ministra Spraw Zagranicznych Radosława Sikorskiego jako osoby niekompetentnej, nie mającej odważnej wizji naszej polityki zagranicznej i skupiającej się na taktyce robienia dobrego wrażenia.
 
Zgoda. Tak tez można uprawiać politykę zagraniczną. Tylko że musi za tym iść jakiś jasno sformułowany pakiet celów. A o tym, że istnieje takowy, jakoś Pan Sikorski do dziś mnie nie przekonał. Póki co wiem jedynie, że walczymy o dwie sprawy. O więcej polaków na eksponowanych stanowiskach co mi, jako polakowi nie mającemu szans by być jednym z tamtych zwisa przeogromnym kalafiorem, oraz normalizacja stosunków z sąsiadami.
 
W drugiej sprawie warto zauważyć, że jakoś najlepiej układają nam się stosunki sąsiedzkie akurat tam, gdzie Minister Sikorski stara się jakoś nie szczególnie natomiast aktywność przejawia inny ośrodek. Pan Minister skupił się za to na normalizacji naszych relacji z Niemcami i Rosją. I faktycznie znormalizował. Oczywiście o tyle, że za normalne uznamy te nasze relacje, które istniały w czasach, dajmy na to, pierwszego sekretarza Gierka. Na zachodzie rewizjoniści spod znaku Czai i Hupki (czy jak mawiał wcześniej tow. Gomułka, Hui i Czapki) obnoszą się ze swoją krzywdą i naszymi zbrodniami. Na wschodzie znów powrócono do wizji „pańskiej Polski” podpalającej, jak na wrednego „bękarta” oczywiście przystało, europejski i światowy porządek. Oczywiście nie jest jeszcze tak źle, że te zarzuty odnoszą się do naszej dzisiejszej sytuacji i roli na kontynencie. Ani nie dopuszczamy się gwałtów na niemieckich kobietach ani nie organizujemy następnej wyprawy kijowskiej.
 
Więc nie ma się czego bać! Ci, dla których, pojęcie „polityki historycznej” jest niczym więcej niż bezsensownym bredzeniem odwracającym uwagę od spraw bieżących, naprawdę ważnych, faktycznie mogą tak Myślec. I spokojnie przyjmować nasze „spokojne stanowiska” wygłaszane przy okazji kolejnych prób obrażania naszej pamięci. Bo przecież to faktycznie nie ma znaczenia!
 
Tylko w takim czasie jak wyjaśnić konsekwencję Moskwy i Berlina w kreowaniu swojej wizji historii. Konsekwencję, która balansuje nie tylko na granicy dobrego smaku ale i ryzyka jakiegoś dyplomatycznego wstrząsu? Po pierwsze zapewne dlatego, że dla Niemców i Rosjan owo „nieważne” jakieś znaczenie jednak ma. Kiedy patrzę na konsekwencję z jaka Berlin kreuje swoją wersję „końca wojny” albo siłę, z jaką Moskwa przeciwstawia się rzuceniu choćby najmniejszego cienia na wojennych bohaterów to nie mam wątpliwości, że o cos w tym chodzi.  Po drugie robią to, bo czują, że wolno. Z zestawienia owego „po pierwsze” i „po drugie” jawi mi się wizja zapędzenia nas do narożnika przez… nasze ofiary z lat 1939-45. Ani się obejrzymy, będziemy chyba prostować medialne stwierdzenia „niemieckie, nazistowskie obozy zagłady”. A Minister Sikorski z gracją będzie polerował kolanami posadzki europejskich stolic zapewniając ze „nie było w tym złej woli”.
Ostatnio tyle było o nieumiejętności obchodzenia rocznic. Prawda. Nie umiemy… Ale tych własnych mamy prawo nie umieć. Jednak wizja historii powszechnej i naszego w niej miejsca to już światowa polityka a nie nasz zaścianek. Dać się z niej wypchnąć to rzecz niedopuszczalna. A dajemy się i jeszcze rechocemy z tego zadowoleni. Nie ma nas w D-day. Niedługo nie będzie nas na Westerplatte. W tym czasie bowiem nasze pancerne zagony przemierzały przestrzenie radzieckiej Białorusi i Ukrainy zmuszając Stalina do oczywiście koniecznej reakcji.
 
Wbrew temu, co napisałem, jestem jak najbardziej otwarty na jakiekolwiek dowody kompetencji Pana Ministra. Może rzeczywiście jest tak, że ekipa obecna oddaje pole historii po to, by za tę cenę ugrać sprawy istotniejsze. Tu zaznaczam, że, przy swoim twardym zdaniu na ten temat, jestem w stanie przyjąć do wiadomości rzeczowe argumenty. Jednak, przy całym moim zainteresowaniu tematem, jakoś ich nie widzę. Widzę za to politykę pozorów i gestów, które skutków nie przynoszą żadnych a prestiżowo w żaden sposób nie mogą się równać walce o świadomość Europejczyków. No chyba że Jerzy Buzek jest naszym narodowym interesem nadrzędnym.
 
Cała reszta to puc i balon…
 
Mój tekst wyprzedza znacznie kolejną rocznicę. Boje się jej już nie widocznej w perspektywie jakiejś lokalnej, polsko- polskiej wojenki domowej po której pozostanie tylko niesmak w ustach. Boję się tego, że zrobiliśmy naprawdę wiele, by wymiar uroczystości 1 września tego roku nie stał się surrealistyczny. Przesadzę zapewne ale świadomie i z pełną złośliwością ale owa uroczystość, zważywszy na głosy z Niemiec i Moskwy, zaczyna przybierać kształt symbolicznego aktu ostatecznego zakończenia tamtej Wielkiej Wojny. W formie przyjętego tam, gdzie się owa Wielka Wojna  zaczęła, przez panią Merkel i pana Putina aktu naszej bezwarunkowej kapitulacji. A później za nasze zbrodnie będą łaskawi urządzić nam jakąś symboliczną Norymbergę.
Wiem że przesadzam. Ale lepiej przesadzić teraz niż doczekać momentu, w którym moje wizje okażą się wcale nie tak dalekie od prawdy.
rosemann,
dodany: 2009-06-05
KOMENTARZE:
Zaloguj się